Prawa autorskie

Wszystkie zdjęcia zamieszczone w tym blogu są mojego autorstwa i stanowią moją własność.Jeśli jest inaczej-wyraźnie informuję o tym.Proszę nie kopiować ich i nie rozpowszechniać bez mojej zgody.Dziękuję.

wtorek, 1 września 2020

Wyczyny kosmetyczno-kulinarne.

         Od jakiegoś roku praktycznie w ogóle nie używam kremów kupowanych w sklepach.Dokładnie od czasu ,gdy na you tube trafiłam na ten film  o tym,jak zrobić krem z mniszka lekarskiego.Zainteresowałam się tym bardzo,zwłaszcza że już od dłuższego czasu zaczęłam dostawać na twarzy ,szyi a bywało że też na rękach,jakichś swędzących ,czerwonych plam.Zaczęłam o takie niecne działanie podejrzewać kosmetyki,a głównie kremy.  


Postanowiłam spróbować a że akurat był maj i mniszka wokół pod dostatkiem,zrobiłam sobie najpierw olej mniszkowy  a potem dodałam do niego wosk kosmetyczny i zrobiłam taki najprostszy krem.Był trochę tłusty ale mimo to go używałam.Latem tak samo zrobiłam sobie krem z nagietka

 i z lawendy.

     Używałam tych kremów cały rok,na zmianę i przez cały rok ani razu nie wylazły mi na facjatę te pas
kudne plamy!W tym roku kilka razy posmarowałam się sklepowym kremem,który dostałam w prezencie i niestety,znów to samo,plamy wylazły .Czyli ewidentnie winne są kosmetyki.
W miedzy czasie zgłębiałam wiedzę na temat własnej produkcji kosmetyków ale że jeszcze nie wszystkie poprzednie zużyłam,to na razie innych nie robię.
Skończył się tylko nagietek,bo używany był też jako maść.

Tak więc trzeba było zrobić maść nagietkową.Maść nie krem.
Nagietek rośnie na działce więc to nie problem.Ususzyłam sobie mały słoiczek ale dodałam też trochę takiego ze sklepu zielarskiego.Popatrzcie jaka jest różnica miedzy nimi .Można też zrobić ze świeżego i to nie tylko z płatków ale z całego ziela.
Gdzieś wyczytałam,że maść nagietkową najlepiej robić na smalcu.Moja mama kiedyś też właśnie na smalcu ją robiła.Kupiłam smalec gęsi bo chyba jest bardziej wartościowy.Ponieważ chciałam wykorzystać cały słoiczek (250g) smalcu,dlatego dodałam tego sklepowego nagietka.W garnku rozpuściłam smalec i do wrzącego dodałam nagietek.Różnie podają jak długo należy to gotować.Ja gotowałam jakieś 20 min i zostawiłam na kilka godzin.
Po tym czasie ponownie podgrzałam i przecedziłam.Dodałam trochę wosku kosmetycznego ponieważ smalec gęsi jest dość rzadki.Jako środek konserwujący dodałam z pół łyżeczki vit E i kilka kropel olejku lawendowego dla zapachu.To jednak był błąd bo smalec z olejkami za nic nie chciał się połączyć:((
Człowiek wciąż się uczy na błędach.Mieszałam,mieszałam,mieszałam....Jakoś wymieszałam ale nie połączyło się to idealnie.Rozlałam do pojemniczków i jest:)).

To było kosmetycznie a teraz kulinarnie.

    Ja nie lubię keczupu.Nie lubię i praktycznie nie używam.Ale w ubiegłym roku bratowa przyniosła mi słoiczek keczupu z cukini. Podchodziłam do tego nieufnie bo przecież nie lubię.W końcu jednak spróbowałam.Rewelacja!Był pyszny!W tym roku postanowiłam też sobie zrobić,zwłaszcza że cukinia też na działce rośnie.Przejrzałam różne przepisy w internecie i zrobiłam po swojemu.Zrobiłam nawet dwa razy,jeden wyszedł łagodny więc drugi jest ostrzejszy.Cukini miałam ponad 1,5 kg,do tego papryka (w niektórych przepisach papryki nie ma ale ja ją lubię) i trochę cebuli.Za cebulą nie przepadam więc daję jej mniej.
Pokroiłam paprykę,cukinię i cebulę,dodałam łyżkę soli i zostawiłam na parę godzin.
Dodałam około pół szklanki cukru i wszystko gotowałam jakieś pół godz.Po czym dodałam dwa słoiczki koncentratu,łyżeczkę słodkiej papryki i łyżeczkę,może trochę więcej ale to już w/g gustu,ostrej,pół szklanki octu(ja dałam ocet jabłkowy i więcej niż pół) i trochę oregano.Trochę razem pogotować i zmiksować.
Spróbować,ewentualnie jeszcze doprawić i rozlać do słoiczków.Smacznego :))

sobota, 22 sierpnia 2020

Spodnie razy dwa

   Ma być o spodniach ale one są nudne więc dla urozmaicenia pokażę Wam jak za oknem szaleje mi kaktus:))
A teraz do rzeczy,nie mylić z "Do Rzeczy";) 
     Lato ,choć u nas stosunkowo krótkie,wymaga jednak sporo ciuchów.Niby tych spodni letnich trochę mam ale przydałoby się więcej krótszych.Pogrzebałam w zapasach(tkaninowe też mam,a co:))) i znalazłam kawałek zielonego lnu oraz kupon czegoś jasnego,jakby cienka gnieciona popelina,nie mam pojęcia co to .Ale oba kawałki w sam raz na krótsze spodnie.Szybko skroiłam jeden i drugi,jasne natychmiast uszyłam....i zapał mi się skończył.Typowe.
Drugie musiały swoje odczekać.
Spodnie są z tyłu dopasowane wszytą w pasek gumką.




Zdjęcie ,oprócz tego że pokazuje spodnie"w noszeniu",jest też zapowiedzią kolejnej wycieczki:)).

     Nie obyło się bez wpadek,co to ,to nie.
Przy szyciu jasnych spodni ,pociągnęłam niechcący za materiał i zonk!
Oj ,wkurzyłam się na siebie  na maxa!
Ale z drugiej strony nie byłabym sobą,gdybym poddała się bez walki i nie spróbowała czegoś wykombinować.I wykombinowałam.Zszyłam rozdarcie wąskim szwem przeciągając ten szew na całą szerokość nogawki.Tak samo zrobiłam na drugiej nogawce.Chyba jest ok?
Z tą tkaniną był też inny kłopot.Otóż jest tak gęsta,że każde wkłucie szpilki czy igły zostawia ślady.Męczyłam się z tym ,dopóki nie przypomniałam sobie ,że w ubiegłym roku narobiłam mnóstwo zakupów krawieckich na Aliexpres i między innymi kupiłam takie spinacze krawieckie.I teraz już poszło z górki.



      Drugie,jak już się wreszcie za nie wzięłam,szyło się nawet łatwo,len jest  dość wdzięczną tkaniną .A jednak  jest jedna pułapka.Otóż len bardzo się rozciąga w trakcie noszenia.Spodnie uszyłam wręcz za ciasne ale gdy wybraliśmy się w pole na sesję,okazało się że zrobiły się o nr większe:(.
Musiałam  je poprawić,czego nie cierpię,na dodatek pozaszywałam je porządnie ,stebnując nawet.Ale poprzestałam tylko na pasku,przy okazji skróciłam je trochę od góry bo były nieco za wysokie.Zawsze mi takie wychodzą,za wysokie znaczy.Wciąż obiecuję sobie,że zrobię wreszcie wykrój dopasowany  wyłącznie do mnie ale jakoś kończy się jak dotąd na chceniu.A to lenistwo owocuje ciągłymi poprawkami i w konsekwencji dużo większą ilością pracy.Taka niekonsekwencja.
Tego lnu miałam na styk,tak że przy pasku musiałam mocno kombinować,przy kieszeniach również.Żeby mi się kieszenie z podszewki nie wymykały,przymocowałam je tasiemką do odszycia zamka.Teraz "siedzą"na miejscu.Przy jasnych tego nie zrobiłam i tamte robią co chcą czyli wciąż wyłażą.
I żeby było jasne dla ewentualnych krytyków-to nie jest żadne wysokie krawiectwo bo też i nie miało być.Miały być zwyczajne spodnie do latania na działkę czy na targ po zakupy.Może się komuś wydawać niechlujne,zwłaszcza wykończenie, ale mnie takie wystarcza.Przecież nie będę kupować overlocka żeby pokazać ładnie wykończone portki do codziennego biegania.
Spodnie mają kieszenie gdzie tylko się da.W sumie dałoby się jeszcze więcej ale cztery  właściwie zaspokajają moją namiętność do 
kieszeni :).

Ale w przyrodzie musi być równowaga.Skoro mam dwie pary nowych spodni to musiałam sobie zniszczyć stare,które zresztą wcale stare nie były :(((Teraz muszę poszukać odpowiednich nici i może da się je jeszcze uratować.


A jeszcze co do zapasów.
Odwiedziłam niedawno Świat Lnu no i jak się można było spodziewać,oprócz gotowych spodni ,wyszłam z dwoma kawałkami lnu,tym samym powiększając jeszcze moje zasoby.Ale powiedzcie sami,czy to lnom można się oprzeć?:))To i tak skromnie bo tkaniny były przepiękne,szczególnie jedna z wzorem miłorzębu wpadła mi w oko .Kto wie....:))

A na działce rosną słoneczniki, rosną niemal wszędzie.Tak mi ich ptaki nasiały.Przerosły już drzewa:))
Uwielbiam je więc i w domu  stoją wszędzie:)))


Miłego weekendu:)))