Prawa autorskie

Wszystkie zdjęcia zamieszczone w tym blogu są mojego autorstwa i stanowią moją własność.Jeśli jest inaczej-wyraźnie informuję o tym.Proszę nie kopiować ich i nie rozpowszechniać bez mojej zgody.Dziękuję.

niedziela, 10 lutego 2013

Karakuły

      Rozleniwiłam się tak bardzo,że nie wydziergałam kompletnie nic.Zaczęłam jakąś robótkę i dłubię nie do końca mając jasną wizję tego co to ma być.W każdym razie częściowo składać się będzie z szydełkowych elementów  a reszta drutowana.Tak ma być a co będzie to wielka niewiadoma:))
Na razie powstają elementy.Mam nadzieję,że wyjdzie to co myślę bo pruć się tego raczej  nie da.


Nie mając nic nowego postanowiłam pokazać coś starego i nie drutowanego, ale z całą pewnością będzie to moja ręczna praca.
    Kilka lat temu,pracowałam w pewnej rodzinie.Pewnego dnia z panem domu,mocno starszym człowiekiem,grzebaliśmy w szafie na strychu  czegoś tam szukając.Szafa pełna była starych okryć wierzchnich obojga.Okrycia były prawie tak stare jak właściciele i  właściwie kwalifikowały się do wyrzucenia.Dziadek Franz w nastroju jakoś rozdawnym był (a nie zdarzało się to przesadnie często) i usiłował wcisnąć mi jakieś stare szmaty.Migałam się jak mogłam od przyjęcia "prezentów" ale ponieważ lubiłam drania (bo to drań był:))) ,widząc jak bardzo jest zachwycony własną hojnością i nie chcąc sprawiać mu przykrości,w końcu przyjęłam dwa -starą kurtkę i stare karakuły:))
Kurtka wylądowała z miejsca w śmietniku,futro na pierwszy rzut oka też na śmietnik się kwalifikowało ale  nie było go gdzie wyrzucić tak,żeby ofiarodawca się nie zorientował.Leżały sobie więc te karakuły i przeszkadzały.Przekładając je z miejsca na miejsce zaczęłam się im w końcu bliżej przyglądać.Futerko miało okropnie wyleniały przód i rękawy,długość ni w pięć ,ni w dziesięć,mocno przykrótkie rękawy,ohydny kołnierzyk z jakiegoś jasnego zwierza i kompletnie rozłażącą się podszewkę.
Przy bliższych oględzinach,przez dziurawą podszewkę dojrzałam,że futro pozszywane jest z małych kawałków ,wcześniej tego nie wiedziałam,że tak się je robi.Na ten widok zapukało mi coś w głowę jak pomysłowemu Dobromirowi:)))Kawałeczki?!To może da się wyciąć wyleniałe miejsca i wstawić łatki.
Czasu miałam sporo i tak zaczęła się zabawa:)))
Futro zostało skrócone do długości 3/4.Kołnierz wywaliłam,z obciętego dołu ,który był w dobrym stanie uszyłam stójkę,przedłużyłam krótkie rękawy a potem chyba z miesiąc wycinałam wyleniałe miejsca i wstawiałam łatki z reszty dołu.Wystarczyło akurat:))
Muszę zaznaczyć,że to wszystko RĘCZNIE!
Na końcu wszyłam nową podszewkę,ze starej wycięłam tylko ozdobny szlaczek i naszyłam go na nową.
I w ten sposób stałam się właścicielką ładnego futerka z karakułów,które mogę nosić bez wyrzutów sumienia bo nie ja przyczyniłam się do mordowania zwierząt:)
Nie mam niestety zdjęć futra w pierwotnym stanie , tak wygląda obecnie.




 Kieszenie zostały oryginalne,zbyt dużo zachodu wymagałyby,wymieniłam tylko porwane płócienko wewnątrz.



A tak wygląda na ludziu:)




Dziadkowi Francowi na widok mnie w nowe-stare karakuły  odzianej opadła szczęka.Ze zdziwieniem spytał :
Eeee...czy to jest to futro ode mnie?
Dziadek był okropnym  skąpcem i jego mina wyraźnie świadczyła,że w tym momencie pomyślał-jak ja mogłem takie dobre futro wydać i pożałował swojej rozrzutności :)))A ja się cieszę,że nie zdążyłam go wyrzucić:)))

Tak,a teraz wystrojona w ciepłe futerko idę do przyjaciółki na obiad:))
U mnie zimno i popaduje to białe.....no,ten śnieżek znaczy się :)))

Miłego popołudnia:))


poniedziałek, 4 lutego 2013

To i owo:)

   Zaabsorbowana trochę rodziną,trochę nadrabianiem towarzyskich obowiązków a trochę pomysłami na poprawę funkcjonalności mojej życiowej przestrzeni , nie mam jakoś czasu na pisanie, a i z robótkami idzie mi marnie.
  Dużo czasu zajmuje mi wnuczek,któremu się raptem odmieniło i życzy sobie nader częstych kontaktów .Nie żebym narzekała z tego powodu,o nie:)))Sprawia mi to dużo radości  a trzeba się wnukami nacieszyć póki są małe bo duże już niekoniecznie z babcią chcą spędzać czas:)))
   Usiłuję też przeorganizować moje maleńkie lokum żeby zyskać trochę miejsca i latam  po  marketach szukając potrzebnych materiałów..Dzisiaj cały dzień poświęciłam na wybór,zakup,lakierowanie i przygotowanie do powieszenia nowych półek.Jutro będzie montaż a następnie przewracanie wszystkiego do góry nogami żeby na nowo to uporządkować :))A na końcu już tradycyjnie po porządkach nie będę mogła niczego znaleźć:))

   Z nowości udziergała się kolejna czapka dla Pirata,groźny dinozaur z kolcami,z których to kolców najwięcej uciechy było.Jak dla mnie to ta czapka  dinozaura jakoś dziwnie mało przypomina ale jak najwyższa instancja zadowolona to jest ok:)))


A że zadowolona to widać:)) I straszył nas ten dinozaur:)))


Apetyt młodego na babcine dziergadła nie osłabł.Na razie nie muszę dziergać dalszych  potworów ale jest inne zamówienie.Na stwierdzenie drugiej babci,że podarły się kapcie i musi mu nowe kupić,Iwo odparł"Nie kupuj,babcia Tosia mi zrobi".No i co,mam jakiś wybór?

Na razie jednak nie chce mi się tych kapci rozliczać,na inne robótki nie mam pomysłu a może raczej ochoty,ręce jednak czymś zająć trzeba.Tak powstały kolejne zamotki:))


Jeszcze przed wyjazdem z Niemiec powstała szydełkowa spódniczka,całkiem o niej zapomniałam.Włóczka to akryl,nie wiem ile tego zużyłam.



Spódniczka zapinana w pasie na jeden guzik,bez podszewki,pomyślana jako mini spódniczka do getrów czy czegoś w tym rodzaju.Nie dla mnie rzecz jasna:))))


Grzebiąc w starych fotografiach wyciągnęłam ich kilka na światło dzienne:)))Oto dowód ,że w latach siedemdziesiątych  już dziergałam:)))Sadząc po moim mocno sfatygowanym wyglądzie ,było to tuż po urodzeniu drugiego syna,który nie miał zwyczaju sypiać po nocach:)))A ja prawdopodobnie coś dla niego modziłam:))


I to by było na tyle:)))   Dobrej nocy Wam życzę:)))